Sen, 15 Luty, około 3 w nocy.
Chodzę ulicami miasta z grupą ludzi. Decydujemy udać się do miejsca, w którym panuje noc, ciemno, choć miasto jest oświetlone. Wydaje się że to miejsce jest normalne, ale jest jakby przejściowe do innego świata.
Pojawiają się dziwne zwierzęta, dinozaur jakby z kreskówki. Schodzimy w dół w podziemie, przez korytarze aż w końcu znajdujemy się w komnacie, jamie, jaskini, dobrze oświetlonej i nawet przytulnej. W ścianach są specjalne wizjery przez które można spojrzeć na zewnątrz pomieszczenia. Intuicyjnie podchodzimy żeby zobaczyć gdzie się znajdujemy. Wielkie zdziwienie, woooo. Rozpościera się tam poniżej następna ogromną komnata jak hala, miasto. Tętni życiem, przechadzają sie tam przeróżne istoty, rózne rasy różnych kolorów i kształtów, są fantastyczne. Miejsce wygląda niesamowicie.
Budzę się i zastanawiam czy sen o schodzeniu w dół jest złą wróżbą ?

Pewnie nikogo, niech zgadnę
Nigdy nie kochałem naprawdę
Za to schowałem sztuki milczenia
Kogo to obchodzi, prócz głupiej głowy
Niech sama sobie szuka
Na spaniu nie daleka sztuka
Druga sztuka pod sztuką się chowa
Milczeniem złoto, srebrem jest mowa
Mało mówiłem, napiszę tyle
Od sztuki pod brukiem, jeśli nie mylę
Do skrzyni zajrzała w żarcie
Światło neodymowej lampy zapalcie
Wracając do milczenia, …
Czas wszystko zmienia
W Covirad pod ziemią mi gnać
Każą karą, tam cała brać
Wiedźmińskie sztuki zza ksiąg wiedzy
Wydostać głowo możesz (się) z tej twierdzy
Tam twoja mowa
Tam, milczenie …

Za oknem z rana ptak, nie śpiewa lecz kracze. Nie zwykło się tu słuchać jego głosu, a może uwagi nie zwrócił nikt wcześniej. Jam nie. Na trupa mojego czekasz, wrono ? Nic z tego, misijum dopełnić muszę. Niebieskie światło z serca, pustego serca ? rozpalić wici, na Skielig proszę. A może raczej, dogasający płomień w serce Hauro wrócić.
Śpiew gargulca, czy ktoś słyszał śpiew Covirskiego gargulca białego? Ten co najwyżej na żarcie czeka, jaka ulga …

Usłyszał za sobą lekki szelest i odwrócił się.
Była boso, w prostej, lnianej sukience. Na długich, jasnych włosach swobodnie spadających na ramiona i plecy nosiła wianek spleciony ze stokrotek. Witaj – powiedział.
Podniosła na niego zimne, błękitne oczy, nie odpowiedziała.
Zauważył, że nie jest opalona. Było to dziwne, teraz, w końcu lata, kiedy
wiejskie dziewczęta były zwykle spalone słońcem na brąz, jej twarz i odsłonięte ramiona miały kolor lekko złotawy.
Przyniosłaś kwiaty?
Uśmiechnęła się, opuściwszy rzęsy. Poczuł chłód. Minęła go bez słowa, uklękła u stóp menhira, dotykając dłonią kamienia.
Ja nie przynoszę kwiatów – powiedziała, podnosząc głowę. – Ale te, które tu leżą, są dla mnie.
Patrzył na nią. Klęczała tak, że zasłaniała przed jego wzrokiem ostatnie imię, wykute w kamieniu menhira. Była jasna, nienaturalnie, świetliście jasna na ciemnym tle głazu.
Kim jesteś? – spytał wolno. Uśmiechnęła się i powiało zimnem.
Nie wiesz? Wiem, pomyślał, patrząc w zimny błękit jej oczu. Tak, zdaje się, że wiem. Był spokojny. Nie umiał inaczej. Już nie. Zawsze byłem ciekaw, jak wyglądasz, pani. Nie musisz mnie tak tytułować – odpowiedziała cicho. – Znamy się przecież od lat.
Znamy się – potwierdził. – Mówią, że idziesz za mną krok w krok.
Idę. Ale ty nigdy nie oglądałeś się za siebie. Do dziś. Dziś obejrzałeś się po
raz pierwszy. Milczał. Nie miał nic do powiedzenia. Był zmęczony.
Jak… Jak to się odbędzie? – spytał wreszcie, chłodno i bez emocji.
Wezmę cię za rękę – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Wezmę cię za rękę i poprowadzę przez łąkę. W mgłę, zimną i mokrą.
A dalej? Co jest dalej, za mgłą?
Nic – uśmiechnęła się. – Dalej nie ma już nic.
Szłaś za mną krok w krok – powiedział. – A dopadałaś innych, tych, których mijałem w drodze. Dlaczego? Chodziło o to, bym został sam, prawda? Bym wreszcie zaczął się bać? Wyznam ci prawdę. Ja zawsze się ciebie bałem, zawsze. Nie oglądałem się za siebie ze strachu. Z trwogi, że zobaczę cię idącą tuż za mną. Bałem się zawsze, moje życie minęło w strachu. Bałem się… do dziś.
Do dziś?
Tak. Do dziś. Stoimy oto twarzą w twarz, a ja nie czuję lęku. Zabrałaś mi
wszystko. Zabrałaś mi również lęk.
Dlaczego więc twoje oczy pełne są strachu, Geralcie z Rivii? Twoje ręce drżą, jesteś blady. Dlaczego? Aż tak bardzo boisz się ostatniego, czternastego imienia, wykutego na obelisku? Jeśli chcesz, powiem ci, jak brzmi to imię.
Nie musisz. Wiem, jakie to imię. Krąg się zamyka, wąż zatapia zęby we własnym ogonie. Tak być musi. Ty i to imię. I kwiaty. Dla niej i dla ciebie. Czternaste imię wykute w kamieniu, imię, które wymawiałem w środku nocy i w blasku słońca, w mróz, upał i deszcz. Nie, nie boję się wymówić go teraz.
Wymów je zatem.
Yennefer… Yennefer z Yengerbergu.
A kwiaty są dla mnie. Skończmy z tym – powiedział z wysiłkiem. – Weź… Weź mnie za rękę. Wstała, zbliżyła się, poczuł bijący od niej chłód, ostre, przenikliwe zimno.
Nie dziś – powiedziała. – Kiedyś, tak. Ale nie dziś.
Zabrałaś mi wszystko…
Nie – przerwała. – Ja niczego nie zabieram. Ja tylko biorę za rękę. Po to, by
nikt nie był wówczas sam. Sam we mgle… Do zobaczenia, Geralcie z Rivii.
Kiedyś.
ANDRZEJ SAPKOWSKI fragment opowiadania COŚ WIĘCEJ
